środa, 22 października 2014

1. Wagary

Znów uciekłem z zajęć. Czwartek. Same nudne lekcje. Literatura, historia i etyka. Chociaż... na etykę może bym i jeszcze poszedł. Lubię ten przedmiot bo zahacza o kwestie filozoficzne. Lubię filozofię. To taka... humanistyczna wersja treningu mózgu. No i podoba mi się ta idea mówiąca o tym, że bycie sprytnym wcale nie oznacza bycie mądrym. Nie. Nie chce mi się jednak wracać do szkoły. Na szczęście bóg wynalazł, wymyślił czy stworzył biblioteki publiczne, w których mogę sam na własną rękę wydeptywać swoją ścieżkę kariery. Po jaką cholerę potrzebne mi są w szkole średniej, w klasie o profilu inżynierskim takie przedmioty jak te czwartkowe? Siedząc wygodnie w bibliotece, odprężony łatwej przyswajam wiedzę, która naprawdę mi się przyda. Kosmos! To co lubię! Właściwie to chodzi o astrofizykę. Cała nauka dzieli się na fizykę i zbieranie znaczków. I od razu słyszę głosy sprzeciwu a wręcz oburzenia lekarzy, historyków, chemików, weterynarzy, operatorów śrubokręta i spawaczy konstrukcji drewnianych. Świetnie! Niech lekarze spróbują diagnozować choroby bez ultrasonografu, tomografu, elektroencefalogramu i bez innych afów i amów które istnieją dzięki FIZYKOM. Niech historycy spróbują badać i oceniać wiek skamielin, zwojów bez pomocy fizyków datujących za pomocą izotopów węgla. Chemicy? Proszę was... bezczelnie wykorzystują wiedzę czysto fizyczną do odkryć w "dziedzinie chemii". A matematycy? Oni nawet nie mają Nobla. (pomyśleć, że tylko dlatego że Alfredowi Noblowi laskę odbił matematyk). Ok. Z matmą zawsze miałem problem. Tzn. nie w sensie, że była dla mnie trudną nauką. Tzn bywało, że była trudna i w dodatku ta konsternacja kiedy dowiedziałem się, że rachunek różniczkowy wynalazł FIZYK Isaac Newton. Mój świat się zawalił. Jak on mógł mi to zrobić? Wtedy najczęściej, jako mieszkaniec Ziemi z polskimi korzeniami, zwalam winę na Niemca Gottfrieda Wilhelma Leibniza. Niemiec, który nie znosi matmy pewnie powie, że Leibniz był Żydem. Wracając do mojego problemu z matmą: Kiedy słyszę, że matematyka to królowa nauk to z zazdrości ratuję się tym bałamutnym argumentem, że skoro tak to niech sobie matematycy wymyślają wzory, badają przebiegi funkcji i szeregi bez pomocy fizyki. Otóż gdyby nie fizyka, gdyby nie tarcie, które jest siłą fizyczną to nie napisaliby kredą na tablicy ani jednej cyfry! O! Prawda, że durne?
Pogodziłem się z faktem, że matematyka to królowa nauk. Ale! Ale Fizyka jest ich królem.
Siedzę w tej czytelni i przeglądam interesujące mnie pozycje w bazie biblioteki. Lubię ten dźwięk. Dźwięk braku dźwięku w wyciszonej czytelni. Słychać najmniejszy ruch każdego z siedzących tu ludzi. W dodatku monumentalnych rozmiarów sala potęguje te dźwięki za pomocą niosącego się echa. Lubię ten dźwięk. Spokojnie jak w kosmosie. I tyle przestrzeni. Jak w kosmosie. Chciałbym się kiedyś w nim znaleźć. Może po studiach zechcą mnie na Marsie. Podobno jest duże zapotrzebowanie na inżynierów przy budowie i konserwacji ludzkiej kolonii. Muszę dbać o swoje zdrowie psychiczne bo od kiedy pierwsza próba wysłania człowieka na Marsa zakończyła się delikatnie mówiąc niepowodzeniem psychika potencjalnego marsonauty jest jednym z głównych kryteriów rekrutacji. Nie wiem co się stało z ludzkością, w chwili gdy zdecydowano, że pierwszymi marsonautami zostaną ludzie "z ulicy" wybrani metodą "jeśli uważasz, że Marysia powinna jako pierwsza usiąść swoją piękną pupcią na Marsie wyślij sms o treści M1 na numer...". Jak nie wiadomo o co chodzi to chodzi o pieniądze. Żaden rząd nie chciał wyłożyć takich pieniędzy na misję Mars One. Znalazł się gigant medialny który uznał, że zrobi sobie Big Brothera z misji na Marsa, wyłożył kasę i... skończyło się jak skończyło. Na szczęście oszołomy wybrane przez smsy wolnej, demokratycznej Ziemi zwariowali zanim wylądowali na Marsie. Heh... Ja wiem, to jest ludzka tragedia i spotkał ich straszny los ale... haha! No kuźwa całe szczęście, że w swojej głupocie i niezrównoważeniu psychicznym zabili załogę razem z pilotami statku przed wylądowaniem i... przelecieli 140 tysięcy km obok Marsa, po czym jego grawitacja wystrzeliła ich statek niczym z procy w przestrzeń kosmiczną. Haha! Idioci nie trafili w "czerwoną plamkę" średnicy 8 000 kilometrów! Do prawdy. Ubaw niesamowity. Jak już wspominałem na szczęście nie dolecieli na Marsa i cała przygotowana uprzednio za pomocą bezzałogowych misji infrastruktura na czerwonej planecie pozostała nietknięta. Czekała do 2030 roku na misję Mars Direct. Tym razem nie dopuszczono do głosu medialne dziwki i specjalizujących się we wszystkim specjalistów. Wysyłaniem ludzi na Marsa zajmuje się MAK (Międzynarodowa Agencja Kosmiczna) a niesławny koncern medialny zajmuje się emitowaniem oper mydlanych. Jak mawia Martin w końcu oddano cesarzowi co cesarskie. Martin to mój ojciec. Inżynier technologii kosmicznych. Brał udział w początkowych konsultacjach i planowaniu misji Mars One, ale kiedy zauważył, że nikt go nie słucha bo brzmi zbyt mądrze to odszedł przewidując katastrofę. Tzn on mówi, że odszedł. Tak na prawdę go zwolnili. Wiecie, ta męska duma. "Nie rzuciła mnie, pierwszy odszedłem". Teraz pracuje dla MAK'a. (Fonetycznie brzmi jakby podawał frytki). Kim ja będę? Biorąc pod uwagę moje predyspozycje i zamiłowanie do kosmosu to pewnie podtrzymam rodzinną tradycję i również zostanę kosmicznym inżynierem. Dziadek, Paweł był fizykiem. Babcia Julia geologiem. Uwielbiałem jak opowiadała mi o wulkanach, historii Ziemi i w ogóle. Ojciec wiadomo. No i teraz wygląda na to, że kolej na mnie. I tak to...
Poczytam coś w końcu. Może się czegoś nowego nauczę. W końcu po to uciekłem dziś ze szkoły.

Poprzeglądam dziś katalog "Fizyka i Astronomia/XX-wieczne archiwa/literatura". O! Ta pozycja wydaje się być ciekawa.



Ponad 5 miliardów kilometrów od Ziemi platforma obserwacyjna starego statku kosmicznego, skrzypiąc i jęcząc, wraca do życia. Obudził ją sygnał z Ziemi, instrukcja nakazująca wykonanie pierwszego zadania od niemal dziesięciu lat. Kamera Voyagera 1 nie była używana od chwili, gdy sonda minęła pierścienie Saturna w 1981 roku. Podczas tego spotkania sonda została wyrzucona z płaszczyzny, na której leżą orbity planet, i teraz, gdy oddala się z prędkością 60 tysięcy kilometrów na godzinę, może obserwować Układ Słoneczny z lotu ptaka. Astronom Carl Sagan przez wiele lat przekonywał kierownictwo NASA, że warto poświęcić czas i energię na zrobienie portretu Słońca i planet. Nie jest to w istocie przedsięwzięcie naukowe, lecz romantyczny gest, polegający na próbie zrobienia zdjęcia Ziemi i innych planet w takim ustawieniu, jak widziałby je kosmiczny podróżnik zbliżający się do naszego zakątka galaktyki. W 1990 roku, w dniu święta Walentego, kamera Voyagera podjęła poszukiwania tych małych światełek i niedługo potem zaczęła przesyłać przez radio obraz opatrzony napisem:
"Układ Słoneczny.
Wiek: 4,6 miliarda lat."